So far, so good

Robię porządki, a wraz z nimi rachunek sumienia. Chodzi o to, że stos książek niedawno kupionych, które miały być przeczytane niemalże natychmiast, rośnie w całkiem niezłym tempie, podczas gdy stos książek już przeczytanych powiększa się bardzo powoli. Dlatego w rozwinięciu tej notki będzie lista książek, które zaczęłam, ale z różnych powodów nie skończyłam. Nie są złe, nie są nudne. Ja je przeczytam. Kiedyś. Tak myślę.
Może po prostu lubię czytać kilkanaście książek na raz.

(więcej…)

Reklamy
Published in: on Lipiec 3, 2009 at 19:15  2 Komentarze  

Kiss Kiss Bang Bang

kiss_kiss_bang_bang_23

Piękny tytuł, czyż nie? A dalej jest jeszcze lepiej.
Harry Lockhart – w młodości magik-samouk, w dorosłym życiu… Cóż, mniej widowiskowy złodziejaszek, zainteresowany przeważnie drobnym sprzętem RTV. Jednak pewnej nocy podczas napadu coś idzie nie tak. Włącza się alarm, przyjaciel zostaje, Harry ucieka. Próbując schować się przed policją przypadkowo trafia na przesłuchanie do filmu. I tak złośliwy los przenosi go w świat imprez. O, słodkie Los Angeles. Jak kolorowe potrafi być tutejsze życie. Spotykasz starych znajomych, poznajesz nowych. Harry przez chwilę zapomina, że rolę prywatnego detektywa gra tylko na planie filmowym. Ta chwila zaowocuje całą masą wydarzeń, zabawnych i niebezpiecznych.
Za film odpowiedzialny jest Shane Black – autor scenariusza do obu części Zabójczej broni. Tutaj spisał się świetnie, bo fabuła jest zdrowo zakręcona. Trudne zadanie sensownego jej przekazania przypadło w udziale Narratorowi. Którego gra nie kto inny, jak sam Harry Lockhart. I to gra wyśmienicie, umiejętnie budując klimat rodem ze starych, dobrych powieści detektywistycznych. Wiecie, takich, w których główny bohater, dzięki swej niespotykanej bystrości, łączy dwie pozornie niezwiązane ze sobą sprawy. Harry może nie jest zbyt bystry, ale ma towarzysza. Wołają na niego Gay Perry, a gra go Val Kilmer – smaczek dla tych, którzy mieli przyjemność oglądać Top Secret. Do tego duetu dorzucamy jeszcze obowiązkowo dziewczynę i niech się zacznie przedstawienie!
Bardzo zacne przedstawienie. Są tutaj pościgi samochodowe, piękne dialogi, niesamowite zbiegi okoliczności, a wszystko to okraszone zdrową dawką czarnego humoru. Polecam fanom filmów pokroju Snatcha. Jeżeli, tak jak ja, jesteście zauroczeni jego klimatem, możecie spokojnie sięgać po Kiss Kiss Bang Bang.

Published in: on Czerwiec 30, 2009 at 20:28  3 Komentarze  

Księga bez tytułu [Anonim]

ksiegabeztytulu

Tylko ludzie o czystym sercu mogą zajrzeć na karty tej księgi.
Niekoniecznie. Nie uważam, żebym miała jakoś specjalnie czyste serce, a przeczytałam każdą kartkę. Więc nie bójcie się, nic wam nie grozi. Chyba.
Każda przeczytana strona, każdy kolejny rozdział przybliży Cię do końca.
Tak, w tej jednej kwestii Księga bez tytułu nie różni się od pozostałych powieści.
Nie wszystkim uda się przebrnąć przez całość. Zawiłości akcji oraz bogactwo stylów mogą oszołomić i zmącić w głowie.
Zdecydowanie tak. Jednak wciąż warto spróbować.
Próbując dociec prawdy, będziesz ją miał pod samym nosem.
Zbierajcie wskazówki, a może ją odkryjecie. Jeśli nie, tym przyjemniejsze będzie zaskoczenie.
Zapadnie ciemność, a z nią nadejdzie wielkie zło.
Czy też raczej Wielkie Zuo. Strach się bać.
Ci zaś, którzy doczytają tę księgę do końca, być może nigdy już nie ujrzą światła.
Jeżeli przyjąć, że Światłem jest kolejna wspaniała książka, to faktycznie ciężko mi je teraz znaleźć.

Tyle gwoli wstępu, teraz do rzeczy. Mówiąc wprost: Księga bez tytułu jest jedną z najlepszych powieści, jakie czytałam. Nie zrażajcie się oczywistym chwytem marketingowym – brak tytułu, autora, przeczytaj-to-zginiesz… Naprawdę, mniejsza o to. Liczy się zawartość (i śliczna, stylizowana okładka).
A czegóż tam nie ma! Jest małe, amerykańskie miasteczko, rodem z Dzikiego Zachodu, ale współczesne. Jest bar-saloon, albo raczej swojska mordownia. Jest wszystkowi(e)dzący barman, podejrzana klientela i gliniarze. Jest tabun bohaterów. I wreszcie – jest akcja. Fabuły nie mam zamiaru zdradzać ani trochę, tę powieść najlepiej się czyta nie mając pojęcia, co nas czeka. Będzie ostro, tyle wam powiem. Nawet mnie przyszło do głowy porównanie z Tarantino, którego filmów przecież nie lubię. Ale rzeczywiście czuć w Księdze bez tytułu tarantinowski klimat. To pewnie przez te eleganckie, momentami zabójcze dialogi. W każdym razie akcja, Akcja! Nie czeka na nikogo, pruje do przodu dzielnie i narowiście, nie zatrzymuje się nad trupami, których zbiera się całkiem sporo. Żywy, dosadny język świetnie podkreśla to tempo.
Boję się pisać cokolwiek więcej, żeby nie zepsuć wam przyjemności. Książkę czyta się świetnie, mnogość postaci jest na tyle dobrze opisana, że nie ma problemu z myleniem ich. Każdy bohater ma swój charakter, do każdego, dobrego i złego, czułam pewien rodzaj sympatii. Sama fabuła jest zgrabnym połączeniem co najmniej kilku gatunków, co świadczy tylko na jej korzyść. Mogłabym się przyczepić do… Albo wiecie co? Nie będę się tym razem czepiać niczego. Księga bez tytułu jest kapitalna. Wierzcie lub nie, ale i tak sprawdźcie sami.

Published in: on Czerwiec 28, 2009 at 18:37  158 Komentarzy  

W drodze

Stairway to Heaven czy Highway to Hell?
Tak czy inaczej, I’m on my Way!

Droga 02
Droga 01
Droga 03
Droga 04
Droga 05
Droga 06
Droga 07

Published in: on Czerwiec 3, 2009 at 19:56  6 Komentarzy  

Wallace i Gromit – Kwestia tycia i śmierci

Wallace i Gromit

Trzymający w napięciu, zabawny, a nawet wzruszający. Z wyśmienitą grą aktorską. Dopracowany w każdej sekundzie. 30-minutowy film, w którym grają figurki z plasteliny.
A teraz – kto czytając ten wstęp uśmiechnął się z politowaniem, myśląc: „Aha, bajeczka”? Wstrzymajcie się z pochopnym osądem, gdyż filmy z Wallacem i Gromitem zacne są! Te przesympatyczne postacie stworzył w 1982 roku Nick Park. Ich przygody możemy oglądać w kilku krótkometrażówkach i jednym pełnometrażowym filmie.
Co sprawia, że są tacy wyjątkowi? Zacznę od tego, co najbardziej widoczne. To są plastelinowe figurki. Ciężko mówić o ich animacji, jeżeli nakręcenie jednej sekundy filmu trwa cały dzień – figurki są poruszane ręcznie. Wydaje się niemożliwe, ale efekt jest niesamowity. Możecie mi nie wierzyć, w takim wypadku polecam sprawdzić osobiście. A teraz do rzeczy. Wallace i Gromit to para najlepszych przyjaciół – pan i jego pies. Tym razem zakładają małą piekarnię. Tu należy dodać, że łączy ich zamiłowanie do wszelkiego rodzaju wynalazków. I tak nawet zwyczajną piekarnię potrafią wspólnymi siłami zamienić w małą fabrykę. Skomplikowane urządzenia nie mają przed nimi żadnych tajemnic. Nawet tak prozaiczna wydawałoby się czynność jak poranne wstawanie, jest dla początkującego widza sporym wydarzeniem.
Wallace, jak zwykle beztroski i nieco bujający w obłokach, zakochuje się w podstarzałej gwieździe reklam pieczywa. Wygląda na to, że z wzajemnością. Bardziej rozgarnięty Gromit jest zmartwiony nie tylko tym, że spadnie na niego cała robota w piekarni. Otóż przeczytał (!) właśnie, że zamordowano kolejnego, dwunastego już piekarza. Wallace, jeszcze bardziej zakręcony niż zwykle, oczywiście niczego nie zauważa…
Właściwie już od początku można się domyśleć zakończenia. Wiadomo, że nasi bohaterowie wygrzebią się z tarapatów, ale w jaki sposób to zrobią… Cóż, tego nawet najstarsi górale nie są w stanie przewidzieć. Pomysłowość Gromita w przeprowadzaniu akcji ratunkowej nie zna granic. A widz ma z tego pierwszorzędny ubaw. Po części też z niezdarnego i zupełnie nieświadomego zagrożenia Wallace’a, którego jedynym zmartwieniem jest to, czy zdąży na swoją popołudniową herbatkę.
W moim rankingu bajek nie-do-końca-dla-dzieci Wallace i Gromit są bardzo wysoko, śmiem nawet twierdzić, że wyżej niż Garfield i przyjaciele. Piękne wykonanie, nieskomplikowana fabuła, bardzo skomplikowane wynalazki, postacie, których nie da się nie lubić, a to wszystko okraszone idealną dawką brytyjskiego humoru. Dla mnie bomba.

Published in: on Maj 31, 2009 at 20:44  3 Komentarze  

Kto zabija najsławniejszych amerykańskich pisarzy? [Robert Kaplow]

ktozabija

Przeczytałam tę książkę jeszcze przed zakrojoną na szeroką skalę akcją promocyjną. Dzięki temu teraz, kiedy słucham sobie Eski Rock, a audycja zostaje przerwana reklamą „wieczoru z czytaniem książki przez sławnego aktora”, z irytacją przełączam stację. Pół biedy, jeżeli książka marna. Gorzej, jeśli jest marna, a spodziewałam się co najmniej dobrego kawałka prozy. Ale po kolei.
Pomysł na fabułę jest karkołomny i za niego należą się Autorowi gromkie brawa. Otóż ktoś zabija najsławniejszych amerykańskich pisarzy w sposób, w jaki oni pozbawili życia bohaterów swoich powieści. Na „trop” zabójcy wpada Stephen King. Jeżeli nie chce skończyć jak jego koledzy po fachu, musi być sprytniejszy.
Tutaj brawa za fabułę się kończą. Strona 5 książki mieni się od mniej lub bardziej znanych nazwisk osób, które mają się w dalszej części pojawić. Sprytny zabieg, na który z łatwością dałam się nabrać. Ogromna część osób jest zaledwie wspominana przez głównych bohaterów z nazwiska, profesji, czasami dorzucany jest do tego zabawny komentarz.
Książka podzielona jest na osiem części – pierwsze pięć z nich poświęcone jest zabójstwom i komentarzom Kinga na zmianę. I tak w pierwszym rozdziale ginie Sue Grafton, w trzecim Danielle Steel, a w piątym Tom Clancy. Nic, czego nie moglibyśmy się dowiedzieć z okładki książki. Trzy ostatnie rozdziały to Stephen King w „akcji”. Specjalnie dałam ten cudzysłów, gdyż akcji, do jakiej przyzwyczaiły mnie kryminały, tam nie było.
Każdy z trzech „zabójczych” rozdziałów opowiada historię z ostatniego dnia życia ofiary. Takie gadanie ciągnie się przez około 40 stron. Jest ostro, satyrycznie, momentami wręcz groteskowo. Autor szydzi w żywe oczy z pisarzy, przedstawiając ich chore fantazje i fobie. Przy okazji obrywa się też wydawcom i czytelnikom, choć już nie tak dosadnie.
Niestety, książka jest po prostu nudna. Od połowy autentycznie się męczyłam, czytałam na wyrywki, żeby tylko skończyć. Tak, mimo wszystko byłam ciekawa zakończenia. Co prawda już od pierwszego rozdziału było wiadome, kto zabija, jednak wciąż nieznane były jego motywy. Gdy wreszcie dobrnęłam do finału poczułam się, jakby wydawca przypadkiem podmienił ostatnie rozdziały i zamiast satyrycznego kryminału wrzucił zakończenie jakiegoś naprawdę marnego science-fiction. Nie zrozumcie mnie źle, lubię być zaskakiwana, ale to, co tutaj dostałam, było… dziwne. Nie bardzo mogę napisać więcej, nie zdradzając zakończenia. Teoretycznie miało ono sens, gorzej z praktycznym wykonaniem.
Podsumowując, liczyłam na dobry kryminał z żywą akcją, o satyrycznym zabarwieniu. Dostałam nudną groteskę, wyśmiewającą przemysł książkowy. Notka na okładce głosi: „Dla wszystkich, którzy nienawidzą książek”. Pod tym akurat mogę się podpisać – ubawicie się z tych wszystkich, którzy książkami żyją, nie zmieniając swojego nastawienia do czytelnictwa.

Published in: on Maj 10, 2009 at 17:00  2 Komentarze  

Niegrzeczni bogowie [Marie Phillips]

niegrzeczni-bogowie

Miałam ochotę na coś oryginalnego. Chwilowo znudziło mnie czytanie kryminałów, które zawsze kończą się tak samo – złapaniem tego Złego. Miłą odmianą jest tutaj cykl o Dexterze, ale o nim innym razem. Fantastyka też do mnie nie przemawiała. Na szczęście zauważyłam zapowiedź „Niegrzecznych bogów” i już kilka dni później wróciłam z wycieczki do księgarni bogatsza o swój własny egzemplarz. Z nadzieją zasiadłam do czytania…
Od razu zaznaczę, że się nie zawiodłam. Książka zaiste jest oryginalna. Akcja rozgrywa się w Londynie, a biorą w niej udział: Artemida, opiekunka księżyca, dorabiająca wyprowadzaniem psów; Apollo, odpowiedzialny za Słońce, występujący w programie telewizyjnym jako medium; Atena, najmądrzejsza, używająca zbyt skomplikowanego słownictwa, żeby ktokolwiek ją zrozumiał; Afrodyta, piękna i niebezpieczna, pracująca w sekstelefonie; oraz Ares, Hefajstos, Eros, Hera, a nawet Zeus i Hades. Tu należy dodać, że wszyscy ci bogowie mieszkają w potwornie zapuszczonym, rozwalającym się domku londyńskim. Nie da się ukryć, że nie wiedzie im się zbyt dobrze. Ich potęga z czasów, gdy mieszkali na Olimpie, jest tylko smutnym wspomnieniem. Poza tym są znudzeni. Potwornie znudzeni. A jak wiadomo, bóg znudzony to bóg niebezpieczny. Ludzi im krzywdzić oficjalnie nie wolno, mogą więc dokuczać sobie nawzajem. Afrodyta, w ramach zemsty sprawia, że Apollo zakochuje się w śmiertelniczce Alice. I tak fabuła zaczyna się rozkręcać. Będzie grzmiało i iskrzyło, posypią się gromy na głowy nieszczęsnych śmiertelników, a dalsze istnienie świata stanie pod znakiem zapytania.
Ciekawa intryga, splatająca losy upadających bóstw i niczego nieświadomych ludzi, przejrzyście przedstawione postacie greckich bogów i świetne, często ironiczne dialogi – dla mnie to właśnie sprawiło, że „Niegrzecznych bogów” czytałam z przyjemnością i rosnącym zainteresowaniem. Polecam tym, którzy, tak jak ja, szukają czegoś wyróżniającego się spośród kolejnych Brownów, Cobenów, Mastertonów i innych, piszący wszystko według jednego szablonu.

Published in: on Kwiecień 19, 2009 at 19:17  Comments (1)  

Poczekajka [Katarzyna Michalak]

poczekajka

Czasami lubię nie mieć racji. Jak w przypadku „Poczekajki”. Mimo pozytywnej recenzji, sięgałam po tę książkę z gotową już etykietką „romansidło”. Dostałam… cóż, romansu tam było sporo. Co zatem odróżnia „Poczekajkę” od wszystkich nieszczęsnych harlekinowych paskud? Sporo. Ale po kolei.
Już od pierwszych stron uwagę przyciąga zaskakująco przyjazny język. Lekki, dowcipny styl pisania, tworzący miły i spokojny nastrój, zgrabnie utrzymywał się przez całą powieść. Dalej warto wspomnieć o postaciach. Prym wiedzie tu Patrycja, lekarz weterynarii i wielbicielka magii. Tak, w tej książce znajdziecie prawdziwą magię. To ona zmusi Patrycję do poszukiwania małej chatki, pod którą ma przyjechać Książę na Białym Koniu. Na początku brzmiało to dla mnie wybitnie naiwnie, ale okazało się całkiem przyzwoicie wplecione w rozwój zdarzeń. Patrycja oczywiście odnajduje ową chatkę w tytułowej Poczekajce – małej mieścince koło Zamościa. A potem – poznaje nowych ludzi. Mamy więc lekko zakręconego księdza Antoniego, miłego i pomocnego Dziadka, miejscowego lowelasa Zenka i plątające się wszędzie psy, koty i węże. Do tego dochodzą dwa, pozwolę sobie użyć określenia, konie napędowe dalszej akcji, czyli Książęta z Bajki. Kolekcjoner spódniczek Łukasz i łotr o dobrym sercu Gabriel. A wszyscy mają swoje niepowtarzalne charaktery, zgrabnie i wyraźnie nakreślone przez Autorkę.
Co do samej fabuły, jak się można domyślić, będzie się ona kręciła głównie wokół dylematu: Łukasz czy Gabriel. W tle, a może raczej na drugim planie, pojawi się praca Patrycji w ogrodzie zoologicznym. Autorka przedstawia nam wiele bardzo zabawnych zdarzeń, ale nie szczędzi też mniejszych i większych dramatów. Nie chcę zdradzić zbyt wiele, dodam jeszcze tylko jedną uwagę. Nie miałam większych zastrzeżeń do zachowania Patrycji, ale jedna scena mocno mnie zdziwiła. Nie sądziłam, że pani weterynarz będzie chciała mieć jeszcze do czynienia z facetem, który, jadąc z nią autem, celowo powoduje wypadek. I jeszcze chce zostawić poszkodowanych samym sobie, niemalże uciekając z miejsca wypadku. Myślałam, że to otworzy Patrycji piękne oczęta i dziewczyna zacznie przynajmniej wątpić w szczere zamiary faceta.
Ten zgrzyt jednak mogę darować, cała reszta jest tego warta. „Poczekajkę” czyta się bardzo przyjemnie, zatem polecam ją tak na dwa wieczory, dla relaksu.

Strona Autorki

Published in: on Kwiecień 18, 2009 at 20:50  Comments (1)  

Raz na ludowo

Skoro wstęp mam już za sobą, mogę przejść do konkretów.
Tym razem wrócę do źródeł (czy też do korzeni, jak kto woli) i przedstawię Wam moje rodzinne miasteczko – Libiąż. Znajdziecie je 50 km od Krakowa, w połowie drogi między Chrzanowem a Oświęcimiem. Teraz rzadko tam bywam, Kraków jest dość absorbujący. No dobrze, właściwie to Kraków i wszystkie inne miejsca, do których jeżdżę w wolnym czasie.
Na zaliczenie jednego z przedmiotów będę przygotowywała projekt związany właśnie z Libiążem. Ma to być projekt usprawniający, związany z turystyką. Zadanie nieco karkołomne, ale może się okazać ciekawe. Gdybym tylko znalazła jakiś naprawdę dobry pomysł, coś, czego mogłabym się chwycić… A, mam jeszcze miesiąc. Jakoś to będzie. Prawda?
A za 3 miesiące wakacje!

Published in: on Kwiecień 5, 2009 at 12:26  Comments (1)  

Nowy początek

Witaj, Wędrowcze. Cieszę się, że tu dotarłeś. „Tu” to umowna nazwa mojego nowego bloga. Czy raczej powinnam napisać – nowa odsłona mojego bloga. Przeniosłam się na bardziej przyjazny WordPress. Poprzedni blog pozostaje bez zmian, jeżeli go nie widziałeś – zapraszam.
Tym razem powiem, czego możesz się spodziewać. Na pewno będą tu moje zdjęcia. Czasem może mnie najść ochota na odrobinę internetowego ekshibicjonizmu i przeleję tu trochę swoich przemyśleń. Innym razem będzie nieco lżej – przyznam się, co ciekawego ostatnio przeczytałam, obejrzałam, może nawet co smacznego zjadłam.
Mam nadzieję, że miło spędzisz tu czas.

Published in: on Marzec 9, 2009 at 17:26  Dodaj komentarz