Chata [William P. Young]

chata

Jak wyobrażacie sobie Boga? Jako symbol, a może jako człowieka? Dorosłego, silnego mężczyznę czy jako staruszka, bardzo podobnego do Gandalfa? Jezusa widzicie na wielu obrazach, ale co z Duchem Świętym? Czy On w ogóle ma jakąś postać?
To nie są najważniejsze pytania, na które w bardzo niekonwencjonalny sposób odpowiada ta powieść. Dostajemy do rąk spisaną historię Macka – pogrążonego w Wielkim Smutku po śmierci swojej małej córki. Missy została porwana i zabita przez seryjnego mordercę. Jej ciała nie znaleziono, a krwawe ślady wiodą do opuszczonej chaty, która stała się symbolem niepojętego cierpienia. Czas nie zagoił rany, ból stał się tępy, ale nie zniknął. Pewnego dnia ktoś rozdrapuje tę ranę. Mack dostaje list z zaproszeniem do owej chaty, podpisane krótko: „Tata”. Najbardziej sensownym wyjaśnieniem jest to, że nadawcą jest morderca. Jedna rzecz nie daje jednak Mackowi spokoju. Jego żona „Tatą” nazywa Boga. Ale to przecież niemożliwe, by Bóg osobiście zaprosił Macka do chaty, z którą wiąże się tak ogromny ból. Niemożliwe… A jednak Mack pożycza auto od przyjaciela i, nikogo nie informując, wyrusza do chaty. Co go tam czeka?
Nie, tego nie zdradzę, przekonajcie się sami. Warto.

Okładka książki aż skrzy się od pozytywnych opinii. Dobrze jednak wiadomo, że nie to jest wyznacznikiem dobrej książki – w końcu marketing rządzi się własnymi prawami. W oczy brutalnie uderzają też cyfry – 6 000 000 sprzedanych egzemplarzy. Bestseller. To też wielu może nie przekonać, lub wręcz odstraszyć. Na okładce jest też zacytowane jedno zdanie pani Kathy Lee Gifford: ”Chata” na zawsze zmieni sposób, w jaki myślicie o Bogu. Oczywiście, jeżeli jej na to pozwolicie.
Pozwólcie. Poświęćcie jej dwa, trzy wieczory. Sprawdźcie, jakie jest w niej ciepło i jaka serdeczność. Tak po prostu. Zostawcie, choć na chwilę, wszelkie religijne przekonania i uprzedzenia. Po prostu przeczytajcie tę książkę. Potem zacznijcie się zastanawiać. Jakikolwiek będzie wynik waszych przemyśleń, nie uznacie czasu poświęconego Chacie za stracony.

Published in: on Październik 9, 2009 at 22:57  Comments (1)  

Hotel Pastis [Peter Mayle]

pastis

Składniki na pyszną, wakacyjną książkę:
– jeden bogaty, ale znudzony pracą, życiem i użeraniem się z byłą żoną Anglik;
– jeden sympatyczny przyjaciel wyżej wspomnianego;
– krótka (planowo) wycieczka do Prowansji;
– jeden zepsuty samochód;
– jeden sprawny samochód ze śliczną Francuzką w środku;
– jeden sporych rozmiarów budynek na sprzedaż;
– jeden dobry pomysł Francuzki;
– jedna szalona decyzja Anglika.
Wszystko ładnie poukładać, okraszyć angielskim humorem, przyprawić do smaku francuskim winem i oto mamy Hotel Pastis.

Pastis to słodka, lukrecjowo-anyżkowa wódka, podawana na południu Francji, zwykle jako aperitif. Od niej wziął nazwę hotel, który powstaje dzięki owej szalonej decyzji Simona Shawa. Anglik rzuca bardzo dobrze płatną pracę w agencji reklamowej i wraz z zaufanym przyjacielem Ernestem przenosi się do Prowansji. Oczywiście po drodze czeka ich wiele mniejszych i większych problemów, a dodatkowo w to wszystko wplątuje się grupa rabusiów bankowych. Jest więc troszkę akcji, ale głównie jest sporo trafnych obserwacji życia tak angielskiego, jak i francuskiego.
Hotel Pastis to sympatyczna książka, wręcz idealna na lato. Nie nużyła mnie tak, jak Pod słońcem Toskanii. Może to wina narracji – nie lubię książek pisanych z perspektywy pierwszej osoby, a już w ogóle pisanych w czasie teraźniejszym (Odwracam się powoli w stronę drzwi. – Kto tam? – pytam etc). A może to zasługa Petera Mayle’a, który potrafi tak przyjemnie pisać i tworzyć tak ciekawe osobowości, jak Ernest czy madame Pons (przesympatyczna szefowa kuchni w hotelu).
Śmiało mogę polecić Hotel Pastis jako miłą, wakacyjną lekturę. A może wkrótce będę polecać też inne książki pana Mayle’a, bo na pewno po nie sięgnę.

Published in: on Sierpień 10, 2009 at 16:09  Dodaj komentarz  

So far, so good

Robię porządki, a wraz z nimi rachunek sumienia. Chodzi o to, że stos książek niedawno kupionych, które miały być przeczytane niemalże natychmiast, rośnie w całkiem niezłym tempie, podczas gdy stos książek już przeczytanych powiększa się bardzo powoli. Dlatego w rozwinięciu tej notki będzie lista książek, które zaczęłam, ale z różnych powodów nie skończyłam. Nie są złe, nie są nudne. Ja je przeczytam. Kiedyś. Tak myślę.
Może po prostu lubię czytać kilkanaście książek na raz.

(więcej…)

Published in: on Lipiec 3, 2009 at 19:15  2 komentarze  

Księga bez tytułu [Anonim]

ksiegabeztytulu

Tylko ludzie o czystym sercu mogą zajrzeć na karty tej księgi.
Niekoniecznie. Nie uważam, żebym miała jakoś specjalnie czyste serce, a przeczytałam każdą kartkę. Więc nie bójcie się, nic wam nie grozi. Chyba.
Każda przeczytana strona, każdy kolejny rozdział przybliży Cię do końca.
Tak, w tej jednej kwestii Księga bez tytułu nie różni się od pozostałych powieści.
Nie wszystkim uda się przebrnąć przez całość. Zawiłości akcji oraz bogactwo stylów mogą oszołomić i zmącić w głowie.
Zdecydowanie tak. Jednak wciąż warto spróbować.
Próbując dociec prawdy, będziesz ją miał pod samym nosem.
Zbierajcie wskazówki, a może ją odkryjecie. Jeśli nie, tym przyjemniejsze będzie zaskoczenie.
Zapadnie ciemność, a z nią nadejdzie wielkie zło.
Czy też raczej Wielkie Zuo. Strach się bać.
Ci zaś, którzy doczytają tę księgę do końca, być może nigdy już nie ujrzą światła.
Jeżeli przyjąć, że Światłem jest kolejna wspaniała książka, to faktycznie ciężko mi je teraz znaleźć.

Tyle gwoli wstępu, teraz do rzeczy. Mówiąc wprost: Księga bez tytułu jest jedną z najlepszych powieści, jakie czytałam. Nie zrażajcie się oczywistym chwytem marketingowym – brak tytułu, autora, przeczytaj-to-zginiesz… Naprawdę, mniejsza o to. Liczy się zawartość (i śliczna, stylizowana okładka).
A czegóż tam nie ma! Jest małe, amerykańskie miasteczko, rodem z Dzikiego Zachodu, ale współczesne. Jest bar-saloon, albo raczej swojska mordownia. Jest wszystkowi(e)dzący barman, podejrzana klientela i gliniarze. Jest tabun bohaterów. I wreszcie – jest akcja. Fabuły nie mam zamiaru zdradzać ani trochę, tę powieść najlepiej się czyta nie mając pojęcia, co nas czeka. Będzie ostro, tyle wam powiem. Nawet mnie przyszło do głowy porównanie z Tarantino, którego filmów przecież nie lubię. Ale rzeczywiście czuć w Księdze bez tytułu tarantinowski klimat. To pewnie przez te eleganckie, momentami zabójcze dialogi. W każdym razie akcja, Akcja! Nie czeka na nikogo, pruje do przodu dzielnie i narowiście, nie zatrzymuje się nad trupami, których zbiera się całkiem sporo. Żywy, dosadny język świetnie podkreśla to tempo.
Boję się pisać cokolwiek więcej, żeby nie zepsuć wam przyjemności. Książkę czyta się świetnie, mnogość postaci jest na tyle dobrze opisana, że nie ma problemu z myleniem ich. Każdy bohater ma swój charakter, do każdego, dobrego i złego, czułam pewien rodzaj sympatii. Sama fabuła jest zgrabnym połączeniem co najmniej kilku gatunków, co świadczy tylko na jej korzyść. Mogłabym się przyczepić do… Albo wiecie co? Nie będę się tym razem czepiać niczego. Księga bez tytułu jest kapitalna. Wierzcie lub nie, ale i tak sprawdźcie sami.

Published in: on Czerwiec 28, 2009 at 18:37  158 komentarzy  

Kto zabija najsławniejszych amerykańskich pisarzy? [Robert Kaplow]

ktozabija

Przeczytałam tę książkę jeszcze przed zakrojoną na szeroką skalę akcją promocyjną. Dzięki temu teraz, kiedy słucham sobie Eski Rock, a audycja zostaje przerwana reklamą „wieczoru z czytaniem książki przez sławnego aktora”, z irytacją przełączam stację. Pół biedy, jeżeli książka marna. Gorzej, jeśli jest marna, a spodziewałam się co najmniej dobrego kawałka prozy. Ale po kolei.
Pomysł na fabułę jest karkołomny i za niego należą się Autorowi gromkie brawa. Otóż ktoś zabija najsławniejszych amerykańskich pisarzy w sposób, w jaki oni pozbawili życia bohaterów swoich powieści. Na „trop” zabójcy wpada Stephen King. Jeżeli nie chce skończyć jak jego koledzy po fachu, musi być sprytniejszy.
Tutaj brawa za fabułę się kończą. Strona 5 książki mieni się od mniej lub bardziej znanych nazwisk osób, które mają się w dalszej części pojawić. Sprytny zabieg, na który z łatwością dałam się nabrać. Ogromna część osób jest zaledwie wspominana przez głównych bohaterów z nazwiska, profesji, czasami dorzucany jest do tego zabawny komentarz.
Książka podzielona jest na osiem części – pierwsze pięć z nich poświęcone jest zabójstwom i komentarzom Kinga na zmianę. I tak w pierwszym rozdziale ginie Sue Grafton, w trzecim Danielle Steel, a w piątym Tom Clancy. Nic, czego nie moglibyśmy się dowiedzieć z okładki książki. Trzy ostatnie rozdziały to Stephen King w „akcji”. Specjalnie dałam ten cudzysłów, gdyż akcji, do jakiej przyzwyczaiły mnie kryminały, tam nie było.
Każdy z trzech „zabójczych” rozdziałów opowiada historię z ostatniego dnia życia ofiary. Takie gadanie ciągnie się przez około 40 stron. Jest ostro, satyrycznie, momentami wręcz groteskowo. Autor szydzi w żywe oczy z pisarzy, przedstawiając ich chore fantazje i fobie. Przy okazji obrywa się też wydawcom i czytelnikom, choć już nie tak dosadnie.
Niestety, książka jest po prostu nudna. Od połowy autentycznie się męczyłam, czytałam na wyrywki, żeby tylko skończyć. Tak, mimo wszystko byłam ciekawa zakończenia. Co prawda już od pierwszego rozdziału było wiadome, kto zabija, jednak wciąż nieznane były jego motywy. Gdy wreszcie dobrnęłam do finału poczułam się, jakby wydawca przypadkiem podmienił ostatnie rozdziały i zamiast satyrycznego kryminału wrzucił zakończenie jakiegoś naprawdę marnego science-fiction. Nie zrozumcie mnie źle, lubię być zaskakiwana, ale to, co tutaj dostałam, było… dziwne. Nie bardzo mogę napisać więcej, nie zdradzając zakończenia. Teoretycznie miało ono sens, gorzej z praktycznym wykonaniem.
Podsumowując, liczyłam na dobry kryminał z żywą akcją, o satyrycznym zabarwieniu. Dostałam nudną groteskę, wyśmiewającą przemysł książkowy. Notka na okładce głosi: „Dla wszystkich, którzy nienawidzą książek”. Pod tym akurat mogę się podpisać – ubawicie się z tych wszystkich, którzy książkami żyją, nie zmieniając swojego nastawienia do czytelnictwa.

Published in: on Maj 10, 2009 at 17:00  2 komentarze  

Niegrzeczni bogowie [Marie Phillips]

niegrzeczni-bogowie

Miałam ochotę na coś oryginalnego. Chwilowo znudziło mnie czytanie kryminałów, które zawsze kończą się tak samo – złapaniem tego Złego. Miłą odmianą jest tutaj cykl o Dexterze, ale o nim innym razem. Fantastyka też do mnie nie przemawiała. Na szczęście zauważyłam zapowiedź „Niegrzecznych bogów” i już kilka dni później wróciłam z wycieczki do księgarni bogatsza o swój własny egzemplarz. Z nadzieją zasiadłam do czytania…
Od razu zaznaczę, że się nie zawiodłam. Książka zaiste jest oryginalna. Akcja rozgrywa się w Londynie, a biorą w niej udział: Artemida, opiekunka księżyca, dorabiająca wyprowadzaniem psów; Apollo, odpowiedzialny za Słońce, występujący w programie telewizyjnym jako medium; Atena, najmądrzejsza, używająca zbyt skomplikowanego słownictwa, żeby ktokolwiek ją zrozumiał; Afrodyta, piękna i niebezpieczna, pracująca w sekstelefonie; oraz Ares, Hefajstos, Eros, Hera, a nawet Zeus i Hades. Tu należy dodać, że wszyscy ci bogowie mieszkają w potwornie zapuszczonym, rozwalającym się domku londyńskim. Nie da się ukryć, że nie wiedzie im się zbyt dobrze. Ich potęga z czasów, gdy mieszkali na Olimpie, jest tylko smutnym wspomnieniem. Poza tym są znudzeni. Potwornie znudzeni. A jak wiadomo, bóg znudzony to bóg niebezpieczny. Ludzi im krzywdzić oficjalnie nie wolno, mogą więc dokuczać sobie nawzajem. Afrodyta, w ramach zemsty sprawia, że Apollo zakochuje się w śmiertelniczce Alice. I tak fabuła zaczyna się rozkręcać. Będzie grzmiało i iskrzyło, posypią się gromy na głowy nieszczęsnych śmiertelników, a dalsze istnienie świata stanie pod znakiem zapytania.
Ciekawa intryga, splatająca losy upadających bóstw i niczego nieświadomych ludzi, przejrzyście przedstawione postacie greckich bogów i świetne, często ironiczne dialogi – dla mnie to właśnie sprawiło, że „Niegrzecznych bogów” czytałam z przyjemnością i rosnącym zainteresowaniem. Polecam tym, którzy, tak jak ja, szukają czegoś wyróżniającego się spośród kolejnych Brownów, Cobenów, Mastertonów i innych, piszący wszystko według jednego szablonu.

Published in: on Kwiecień 19, 2009 at 19:17  Comments (1)  

Poczekajka [Katarzyna Michalak]

poczekajka

Czasami lubię nie mieć racji. Jak w przypadku „Poczekajki”. Mimo pozytywnej recenzji, sięgałam po tę książkę z gotową już etykietką „romansidło”. Dostałam… cóż, romansu tam było sporo. Co zatem odróżnia „Poczekajkę” od wszystkich nieszczęsnych harlekinowych paskud? Sporo. Ale po kolei.
Już od pierwszych stron uwagę przyciąga zaskakująco przyjazny język. Lekki, dowcipny styl pisania, tworzący miły i spokojny nastrój, zgrabnie utrzymywał się przez całą powieść. Dalej warto wspomnieć o postaciach. Prym wiedzie tu Patrycja, lekarz weterynarii i wielbicielka magii. Tak, w tej książce znajdziecie prawdziwą magię. To ona zmusi Patrycję do poszukiwania małej chatki, pod którą ma przyjechać Książę na Białym Koniu. Na początku brzmiało to dla mnie wybitnie naiwnie, ale okazało się całkiem przyzwoicie wplecione w rozwój zdarzeń. Patrycja oczywiście odnajduje ową chatkę w tytułowej Poczekajce – małej mieścince koło Zamościa. A potem – poznaje nowych ludzi. Mamy więc lekko zakręconego księdza Antoniego, miłego i pomocnego Dziadka, miejscowego lowelasa Zenka i plątające się wszędzie psy, koty i węże. Do tego dochodzą dwa, pozwolę sobie użyć określenia, konie napędowe dalszej akcji, czyli Książęta z Bajki. Kolekcjoner spódniczek Łukasz i łotr o dobrym sercu Gabriel. A wszyscy mają swoje niepowtarzalne charaktery, zgrabnie i wyraźnie nakreślone przez Autorkę.
Co do samej fabuły, jak się można domyślić, będzie się ona kręciła głównie wokół dylematu: Łukasz czy Gabriel. W tle, a może raczej na drugim planie, pojawi się praca Patrycji w ogrodzie zoologicznym. Autorka przedstawia nam wiele bardzo zabawnych zdarzeń, ale nie szczędzi też mniejszych i większych dramatów. Nie chcę zdradzić zbyt wiele, dodam jeszcze tylko jedną uwagę. Nie miałam większych zastrzeżeń do zachowania Patrycji, ale jedna scena mocno mnie zdziwiła. Nie sądziłam, że pani weterynarz będzie chciała mieć jeszcze do czynienia z facetem, który, jadąc z nią autem, celowo powoduje wypadek. I jeszcze chce zostawić poszkodowanych samym sobie, niemalże uciekając z miejsca wypadku. Myślałam, że to otworzy Patrycji piękne oczęta i dziewczyna zacznie przynajmniej wątpić w szczere zamiary faceta.
Ten zgrzyt jednak mogę darować, cała reszta jest tego warta. „Poczekajkę” czyta się bardzo przyjemnie, zatem polecam ją tak na dwa wieczory, dla relaksu.

Strona Autorki

Published in: on Kwiecień 18, 2009 at 20:50  Comments (1)