Nowe przyszło

Słowo do słowa, a zbierze się czyn!
I tak powstał blog Kawa z Cynamonem – wspólne przedsięwzięcie mojej opolskiej przyjaciółki i moje. Blog, na którym będziemy zamieszczać recenzje książek, filmów, muzyki… Ale! Kawa z Cynamonem to także podcast – czyli recenzja mówiona. Ściąga się taką w formie mp3, wrzuca do playera i słucha na przykład w drodze na uczelnię.

W związku z powyższym wszystkie moje recenzje od tego momentu będą umieszczane tamże, natomiast MDS pozostanie aktualizowanym od czasu do czasu blogiem na moje ogólne przemyślenia.

Z kolei po nowe zdjęcia zapraszam na mój profil na DeviantART :]

Reklamy
Published in: on Listopad 13, 2009 at 23:58  Dodaj komentarz  

Harper’s Island

HI2

Aktorski slasher w 13 odcinkach. Podobnie jak Szpital Królestwo – rewelacyjny przez 3/4 odcinków, z idiotycznym i pozostawiającym niesmak zakończeniem. Ale wciąż wart obejrzenia.

(więcej…)

Published in: on Październik 29, 2009 at 23:25  2 Komentarze  

X-Men Origins: Wolverine

xmow

Muszę przyznać, że film wywarł na mnie wielkie wrażenie. Dawno nie widziałam tak nijakiego, mdłego, typowo hollywoodzkiego potworka. Zanim jednak rozwinę tę myśl, wypada mi wyjaśnić dwie rzeczy. Po pierwsze – nie czytałam komiksów, nie mam więc żadnego odniesienia do oryginału, ergo oceniam jedynie film. Po drugie – lubię X-menów. Mam do tej historii sentyment jeszcze z czasów liceum, kiedy to z ziomalami oglądaliśmy animowaną serię tv czy już aktorską trylogię. I podobało mi się. Bajka swoją drogą, ale jakoś trzy poprzednie filmy o mutantach zachowały (mniejszy lub większy) poziom sensowności, nie zanudzając widza i nie zmuszając go by wierzył, że najlepszą decyzją, jaką podjął w ciągu ostatniego pół roku, było nie pójście do kina na rzeczony film. Może to jakieś przekleństwo liczby 4? Indiana Jones (niech spoczywa w SPOKOJU!) i Wielka Porażka… wróć, i Królestwo Kryształowej Czaszki to był zaledwie początek czarnej serii… Ale do rzeczy, Wolverine czeka. Aha, będą spojlery, więc reszta notki w rozwinięciu posta.

(więcej…)

Published in: on Październik 14, 2009 at 19:45  2 Komentarze  

A w Krakowie…

… na Budryka wczoraj koncert był. Dla wyjaśnienia – na Budryka 4 mieści się Klub Studio, w którym odbywa się spora część krakowskich koncertów. Rozpiętość muzyczną mają tam całkiem niezłą, od dyskotek studenckich, przez ciężkie metalowe granie, aż po poezję śpiewaną. Na dyskotece nie byłam, miałam za to przyjemność być w Studio gdy grała tam Coma, a także wczoraj, gdy występował Grzegorz Turnau.

O istnieniu Grzegorza T. wiedziałam już dawno, ale dopiero parę miesięcy temu zainteresowałam się bliżej tym, co robi. I odkryłam, że bardzo mi się to podoba. Cóż, nie jest łatwo znaleźć kogoś, kto by tak ładnie śpiewał o Krakowie :] A wczorajszy koncert? To był bardzo, bardzo sympatyczny wieczór. Pan Turnau wyszedł na scenę z małym poślizgiem i od razu zabrał się do dzieła. Przywitał się dopiero po kilku utworach, ale od razu zjednał sobie publikę. Mnie też. Jego dość przewrotne poczucie humoru dało o sobie znać najlepiej przy wykonywaniu piosenki Bracka, kiedy to po pierwszych taktach zamknął pokrywę pianina, oparł się o nie i pozwolił ludziom zaśpiewać pierwszą zwrotkę samodzielnie. Bardzo miłą niespodzianką był gościnny występ Andrzeja Sikorowskiego, dzięki czemu mogłam posłuchać na żywo jednego z moich ulubionych utworów – Nie przenoście nam stolicy do Krakowa. Oczywiście tutaj również publiczność pomagała artystom.
Koncert trwał nieco ponad dwie godziny. W repertuarze pojawiło się trochę mniej mi znanych piosenek, ale też kilka ulubieńców: Historia pewnej podróży, Naprawdę nie dzieje się nic czy Znów wędrujemy. Pomijając niezbyt wygodne studyjne krzesełka, śmiało zaliczam ten wieczór do bardzo udanych. I czekam na powtórkę :]

Published in: on Październik 12, 2009 at 21:43  Dodaj komentarz  

Chata [William P. Young]

chata

Jak wyobrażacie sobie Boga? Jako symbol, a może jako człowieka? Dorosłego, silnego mężczyznę czy jako staruszka, bardzo podobnego do Gandalfa? Jezusa widzicie na wielu obrazach, ale co z Duchem Świętym? Czy On w ogóle ma jakąś postać?
To nie są najważniejsze pytania, na które w bardzo niekonwencjonalny sposób odpowiada ta powieść. Dostajemy do rąk spisaną historię Macka – pogrążonego w Wielkim Smutku po śmierci swojej małej córki. Missy została porwana i zabita przez seryjnego mordercę. Jej ciała nie znaleziono, a krwawe ślady wiodą do opuszczonej chaty, która stała się symbolem niepojętego cierpienia. Czas nie zagoił rany, ból stał się tępy, ale nie zniknął. Pewnego dnia ktoś rozdrapuje tę ranę. Mack dostaje list z zaproszeniem do owej chaty, podpisane krótko: „Tata”. Najbardziej sensownym wyjaśnieniem jest to, że nadawcą jest morderca. Jedna rzecz nie daje jednak Mackowi spokoju. Jego żona „Tatą” nazywa Boga. Ale to przecież niemożliwe, by Bóg osobiście zaprosił Macka do chaty, z którą wiąże się tak ogromny ból. Niemożliwe… A jednak Mack pożycza auto od przyjaciela i, nikogo nie informując, wyrusza do chaty. Co go tam czeka?
Nie, tego nie zdradzę, przekonajcie się sami. Warto.

Okładka książki aż skrzy się od pozytywnych opinii. Dobrze jednak wiadomo, że nie to jest wyznacznikiem dobrej książki – w końcu marketing rządzi się własnymi prawami. W oczy brutalnie uderzają też cyfry – 6 000 000 sprzedanych egzemplarzy. Bestseller. To też wielu może nie przekonać, lub wręcz odstraszyć. Na okładce jest też zacytowane jedno zdanie pani Kathy Lee Gifford: ”Chata” na zawsze zmieni sposób, w jaki myślicie o Bogu. Oczywiście, jeżeli jej na to pozwolicie.
Pozwólcie. Poświęćcie jej dwa, trzy wieczory. Sprawdźcie, jakie jest w niej ciepło i jaka serdeczność. Tak po prostu. Zostawcie, choć na chwilę, wszelkie religijne przekonania i uprzedzenia. Po prostu przeczytajcie tę książkę. Potem zacznijcie się zastanawiać. Jakikolwiek będzie wynik waszych przemyśleń, nie uznacie czasu poświęconego Chacie za stracony.

Published in: on Październik 9, 2009 at 22:57  Comments (1)  

I Sell The Dead

I Sell The Dead

Znalezienie dobrej pracy, zarabianie marnych, ale własnych pieniędzy – tego chciał młody Arthur. Czy też raczej tego chciała jego matka. Z jej pomocą chłopak trafia pod opiekuńcze skrzydła Willy’ego. Ten przygotowuje Arthura do wykonywania trudnego zawodu, jakim jest… rabowanie grobów. Ale Willy nie jest zwyczajną hieną cmentarną. Pracuje dla niejakiego Quinssa, dostarczając mu wykopane z grobów ciała do eksperymentów. Arthur okazuje się być bardzo pilnym uczniem i szybko zostaje pełnoprawnym wspólnikiem Willy’ego. Pracuje im się razem dobrze, choć czasami nie mają nawet za co kupić kolacji.
Wszystko zmienia się diametralnie, kiedy wykopują ciało dziewczyny z wianuszkiem czosnku na szyi i drewnianym kołkiem wbitym w serce. Jak się boleśnie przekonują, zarówno czosnek jak i kołek znalazły się przy niej nie bez powodu – dziewczyna jest wampirem. W głowach złodziei ciał rodzi się prosty plan pozbycia się nieprzyjemnego szefa przy pomocy pułapki z wampira. A potem, jako wolni strzelcy, mogą rozkręcić nowy, o wiele lepiej płatny interes – wykopywanie i sprzedawanie nieumarłych.

Film jest dość… nieprzeciętny. Klimatem przypomina dzieła Tima Burtona – na początku całkiem spokojnie, a potem pojawiają się żywe trupy. Panny młodej tutaj nie ma, ale i tak jest ciekawie. Bohaterowie po spotkaniu z wampirem trafiają na ghule, stwory z kosmosu i wiele innych osobliwości (choć niestety nie dla wszystkich wystarczyło czasu antenowego). Dość pokręcona akcja przyprawiona jest bardzo przyjemną ilością czarnego humoru. Trzymając się skojarzenia z filmami Burtona, postawiłabym I Sell The Dead gdzieś między Beetlejuice a Sleepy Hollow. Teraz powinniście mniej więcej wiedzieć czego się spodziewać. W każdym razie film polecam, było to bardzo ciekawie spędzone 80 minut.

Published in: on Wrzesień 18, 2009 at 12:00  Comments (1)  

Holmes, sweet Holmes

Któż nie słyszał o tym angielskim detektywie? Powołał go do życia sir Arthur Conan Doyle, dając mu mieszkanie przy Baker Street 221b i przyjaciela – doktora Watsona, by razem walczyli z przestępczością. Jak pewnie pamiętacie z powieści i opowiadań, Holmes przez całe śledztwo zbierał poszlaki, obserwował ludzi, by wreszcie bezbłędnie oznajmić kto, kiedy i dlaczego popełnił zbrodnię.
Oczywiście spragnionej publiczności słowo pisane nie wystarcza. Może znacie którąś z wielu adaptacji Psa Baskerville’ów – tę z duetem Matt Frewer & Kenneth Welsh, albo Richard Roxburgh & Ian Heart? To tylko najbardziej popularne adaptacje. Nakręcono również wiele filmów telewizyjnych na podstawie opowiadań. Ba, sam John Cleese zainteresował się tematem i zagrał wnuka Holmesa w filmie The Strange Case of the End of Civilization as We Know It. To już dość luźna adaptacja, ale też takie chciałam przedstawić – w rozwinięciu notki opis dwóch intrygujących przedstawień filmowych.
(więcej…)

Published in: on Wrzesień 5, 2009 at 23:02  Comments (1)  

Hotel Pastis [Peter Mayle]

pastis

Składniki na pyszną, wakacyjną książkę:
– jeden bogaty, ale znudzony pracą, życiem i użeraniem się z byłą żoną Anglik;
– jeden sympatyczny przyjaciel wyżej wspomnianego;
– krótka (planowo) wycieczka do Prowansji;
– jeden zepsuty samochód;
– jeden sprawny samochód ze śliczną Francuzką w środku;
– jeden sporych rozmiarów budynek na sprzedaż;
– jeden dobry pomysł Francuzki;
– jedna szalona decyzja Anglika.
Wszystko ładnie poukładać, okraszyć angielskim humorem, przyprawić do smaku francuskim winem i oto mamy Hotel Pastis.

Pastis to słodka, lukrecjowo-anyżkowa wódka, podawana na południu Francji, zwykle jako aperitif. Od niej wziął nazwę hotel, który powstaje dzięki owej szalonej decyzji Simona Shawa. Anglik rzuca bardzo dobrze płatną pracę w agencji reklamowej i wraz z zaufanym przyjacielem Ernestem przenosi się do Prowansji. Oczywiście po drodze czeka ich wiele mniejszych i większych problemów, a dodatkowo w to wszystko wplątuje się grupa rabusiów bankowych. Jest więc troszkę akcji, ale głównie jest sporo trafnych obserwacji życia tak angielskiego, jak i francuskiego.
Hotel Pastis to sympatyczna książka, wręcz idealna na lato. Nie nużyła mnie tak, jak Pod słońcem Toskanii. Może to wina narracji – nie lubię książek pisanych z perspektywy pierwszej osoby, a już w ogóle pisanych w czasie teraźniejszym (Odwracam się powoli w stronę drzwi. – Kto tam? – pytam etc). A może to zasługa Petera Mayle’a, który potrafi tak przyjemnie pisać i tworzyć tak ciekawe osobowości, jak Ernest czy madame Pons (przesympatyczna szefowa kuchni w hotelu).
Śmiało mogę polecić Hotel Pastis jako miłą, wakacyjną lekturę. A może wkrótce będę polecać też inne książki pana Mayle’a, bo na pewno po nie sięgnę.

Published in: on Sierpień 10, 2009 at 16:09  Dodaj komentarz  

Before the Devil Knows You’re Dead

BeforeDevil

Dwóch braci – Andy i Hank. Obaj mają finansowe problemy. Andy oszukuje swoją firmę, a Hank płaci alimenty. W głowie Andy’ego rodzi się pomysł. Prosty, szybki i pewny sposób na gotówkę. Wystarczy obrobić sklep jubilerski. Bracia go znają, kiedyś w nim pracowali. To sklep ich rodziców. Teraz pracuje tam starsza pani, którą bez trudu można zastraszyć pistolecikiem dla dzieci. Wpadasz zaraz po otwarciu, zgarniasz kasę, świecidełka, wypadasz. Proste, prawda? Jest tylko jeden mały kruczek – Hank musi się tym zająć sam, bo Andy’ego widziano niedawno w sklepie. Hank, pomimo wątpliwości, przystaje na to. Nie informując brata, prosi o pomoc kumpla. Bobby zgadza się odwalić całą robotę, zostawiając Hankowi wynajęcie i prowadzenie auta. W umówiony dzień Hank zgarnia Bobby’ego z domu, podjeżdżają pod sklep i zaczynają akcję. Od tego momentu wszystko, ale to wszystko idzie zupełnie nie tak, jak planowali.
Film jest bardziej psychologiczny, niż sensacyjny. Przygotowania i sam napad to zaledwie pół godziny. Cała reszta przedstawia to, co dzieje się później. Widzimy, jak bracia próbują poradzić sobie z problemami, jakie ich genialny pomysł przyniósł. Dni po napadzie są przedstawiane kolejno z perspektywy kilku osób. Nawarstwiające się kłopoty powoli przytłaczają ich wszystkich i doprowadzają do brutalnego końca.
Ostatnio obejrzane filmy przyzwyczaiły mnie do misternie utkanych intryg, nagłych zwrotów, niezłych dialogów. Ten stanowił całkiem interesującą odmianę. Jeżeli nie przeszkadza wam brak szybkiej akcji, jeśli wolicie skupić się na ludziach, a więc i na świetnej grze aktorskiej, to mogę śmiało polecić Before the devil knows you’re dead.

Published in: on Lipiec 11, 2009 at 16:17  2 Komentarze  

The School of Rock

schoolofrock
Tak się robi rock & roll!

Film się zdrowo naczekał w kolejce do oglądania, a podobno czekanie to połowa przyjemności. Ah, jak ja lubię to uczucie. Ten brak rozczarowania. Bo film wymiata.
Przyznaję, fabuła taka sobie. Dewey Finn (w tej roli rewelacyjny Jack Black) ma problemy. Dziewczyna współlokatora go nie znosi i podburza swojego chłopaka, żeby wyrzucił biednego Deweya z mieszkania za niepłacenie czynszu. A z czego ten czynsz płacić, skoro zespół właśnie pokazał naszemu bohaterowi środkowy palec? Nagle, jak z nieba spada ratunek. Dzwoni dyrektorka pobliskiej szkoły prosząc o zastępstwo za jednego z nauczycieli. To znaczy prosi o to Neda, współlokatora, ale to akurat Dewey odbiera telefon. Szybka decyzja i Dewey następnego dnia zaczyna uczyć w podstawówce. Oczywiście nie ma bladego pojęcia, jak się do tego zabrać. Do czasu, gdy dzieciaki idą na lekcję muzyki. W sprytnej łepetynie Deweya zostaje zasiane szybko kiełkujące nasionko diabelskiego planu. Wystarczy trochę poćwiczyć i zabierze dzieciaki na lokalny przegląd zespołów, którego główna nagroda to całkiem ładna sumka.
Dalej jest nieco przewidywalnie: dzieciaki z początku krzywo patrzą na nowego „nauczyciela” i jego pomysły, do tego dochodzi kwestia ukrywania się przed dyrektorką, rodzicami, Nedem i jego dziewczyną, stróżami prawa… Ale zostawmy to. Jest Muzyka! Black, znaczy Dewey, pięknie żongluje klasykami rocka, daje idiotyczne, przezabawne popisy a dzieciaki chłoną to wszystko z zapałem. Ogromne brawa dla młodych aktorów, spisali się na medal. Albo, żeby było bardziej klimatycznie: dzieciaki wymiatają. Muzyka wymiata. Wariat Black wymiata. Tak, lubię słówko wymiata.
Nie traktujcie tego jako sensownej historii. Ani nawet prawdopodobnej. To bajka. Świetna, pozytywnie nastrajająca, muzyczna bajka. Bawcie się dobrze :)

Published in: on Lipiec 6, 2009 at 19:24  Comments (1)