
Jak wyobrażacie sobie Boga? Jako symbol, a może jako człowieka? Dorosłego, silnego mężczyznę czy jako staruszka, bardzo podobnego do Gandalfa? Jezusa widzicie na wielu obrazach, ale co z Duchem Świętym? Czy On w ogóle ma jakąś postać?
To nie są najważniejsze pytania, na które w bardzo niekonwencjonalny sposób odpowiada ta powieść. Dostajemy do rąk spisaną historię Macka – pogrążonego w Wielkim Smutku po śmierci swojej małej córki. Missy została porwana i zabita przez seryjnego mordercę. Jej ciała nie znaleziono, a krwawe ślady wiodą do opuszczonej chaty, która stała się symbolem niepojętego cierpienia. Czas nie zagoił rany, ból stał się tępy, ale nie zniknął. Pewnego dnia ktoś rozdrapuje tę ranę. Mack dostaje list z zaproszeniem do owej chaty, podpisane krótko: „Tata”. Najbardziej sensownym wyjaśnieniem jest to, że nadawcą jest morderca. Jedna rzecz nie daje jednak Mackowi spokoju. Jego żona „Tatą” nazywa Boga. Ale to przecież niemożliwe, by Bóg osobiście zaprosił Macka do chaty, z którą wiąże się tak ogromny ból. Niemożliwe… A jednak Mack pożycza auto od przyjaciela i, nikogo nie informując, wyrusza do chaty. Co go tam czeka?
Nie, tego nie zdradzę, przekonajcie się sami. Warto.
Okładka książki aż skrzy się od pozytywnych opinii. Dobrze jednak wiadomo, że nie to jest wyznacznikiem dobrej książki – w końcu marketing rządzi się własnymi prawami. W oczy brutalnie uderzają też cyfry – 6 000 000 sprzedanych egzemplarzy. Bestseller. To też wielu może nie przekonać, lub wręcz odstraszyć. Na okładce jest też zacytowane jedno zdanie pani Kathy Lee Gifford: ”Chata” na zawsze zmieni sposób, w jaki myślicie o Bogu. Oczywiście, jeżeli jej na to pozwolicie.
Pozwólcie. Poświęćcie jej dwa, trzy wieczory. Sprawdźcie, jakie jest w niej ciepło i jaka serdeczność. Tak po prostu. Zostawcie, choć na chwilę, wszelkie religijne przekonania i uprzedzenia. Po prostu przeczytajcie tę książkę. Potem zacznijcie się zastanawiać. Jakikolwiek będzie wynik waszych przemyśleń, nie uznacie czasu poświęconego Chacie za stracony.